Pierwsza pomoc
“First Aid at Work” – kurs pierwszej pomocy, 3 dni, 2 trenerów i egzamin praktyczny na koniec. Zdany oczywiście. Do tego 300 stronicowa książka o ratowaniu życia i postępowaniu w razie wypadków wszelakich, no i umiejętności nabyte (od bandażowania skaleczeń, przez “pozycję boczną ustaloną” do tzw. CPR, czyli usta-usta).
Kurs prowadzony przez dwóch fajnych gości z “St. John Ambulance”, obaj certyfikowani i jeździli “na karetkach” przez kilka dobrych lat. Daleko nie musiałem jeździć, bo tylko na Limehouse (jeden przystanek).
Całkiem przyjemnie spędzony czas, ja i 16 innych osób, teoria, praktyka, przerwa na herbatkę, praktyka, teoria…trenerzy zmieniali się, to raz jeden, raz drugi prowadził, żeby się nie znudzili. Jeden był dowcipniś, drugi trochę bardziej “pod krawatem”.
Kurs dla siebie robiłem (praca nie chciała mi zapłacić), także teraz będę się czuł bezpieczniej idąc z grupą na weekendowe spacery.
Budapeszt–dzień 3
Dnia trzeciego przyszło mi się zmierzyć z samym sobą. Zaciągnąłem się do łaźni tureckich, aby tyłek wymoczyć w ciepłych źrodełkach i przeparować się w saunie. Całe dwie godzinki.
Na dodatek nie musieliśmy nic płacić, bo jak się okazało nasz hotel sąsiaduje z łaźnią i pani z recepcji dała nam kartkę z wejściem “za friko”.
Łaźnie, w których byliśmy, to szestastowieczne Kiraly. To jedne z niewielu, które nie siedzą na źródłach, ale woda dostarczana jest tutaj systemem rur. “Dziury” w dachu dodawały tylko atmosferze, szumiąca woda, nie za dużo ludzi jak na tą pore dnia i roku.
Potem był ostatni posiłek (gulasz oczywiście i sałatka na drugie danie, bo miejsca już nie miałem).
Transport z hotelu na lotnisko taksówką (ekstra płatną), po tym jak bus odjechał, bo nas nie było na czas (a na stronie piszą, że można bezpłatnie skorzystać z kolejnego transportu za godzinę). Cóż, widać coś przeskrobałem, skoro na koniec musialem jeszcze te parę tysi w forintach zostawić w kraju
.
Bilecik w zęby i lecimy liniami Malev do Londynu. Koniec wyprawy. ![]()
Budapeszt–dzień 2
Dzień drugi (sobota, 3 grudzień 2011).
Przejście przez most Łańcuchowy i lądujemy na stronie Pesztu. Po obejrzeniu wnętrz “Four Seasons Hotel (Gresham Palace)”, udaliśmy się nieco dalej na kawcię/herbatkę w “New York Cafe” w hotelu Boscolo. ![]()
![]()
![]()
Posiedzieli, pogadali, popili, zapłacili i poszli dalej.
Poniżej muzeum sztuki użytkowej (Museum of Applied Arts) ![]()
![]()
Udało się też wejść do Metropolitan Ervin Szabo Library (biblioteki), gdzie nowe łączy się ze starym – architektonicznie. Jedno z pięter mieści całkiem “starodawne biurka i lampki”, atmosfera typowa, cicho i tylko do nauki czy czytania zachęca.
A od razu obok biblioteki jest takie ładne podwórko: ![]()
![]()
![]()
Przystanek na posiłek dzisiaj wypadł akurat w węgierskiej malutkiej jadłodajni, która trochę po karpacku dawała – “Magyar Etterem Es Sorozo”. Tutaj też została spróbowana Palinka, lokalny bimber, bo inaczej tego nazwać nie mogę. Coś wykręcającego mordę jak marsylski Pastis.
Ociepleni i posileni ruszamy dalej. Wracamy na stronę Budy, by wejść do hotelu Gellert, który mieści również łaźnie i spa.
Po tej stronie rzeki Danuby zostało nam jeszcze wzgórze Gellert (najwyższe miejsce w mieście) wraz z cytadelą.
Nastąpiło potem zejście w dół, aż pod hotel Hilton (w którym znajdowała się jedna z atrakcji).
Niestety przyjęcie tam trwało i kazano nam czekać aż do w pół do szóstej, co wykorzystaliśmy na rundkę dookoła “starej Budy”.
Wracając do wspomnianej atrakcji – którą było picie wina w piwnicy Fausta (ale nie takiej zwykłej znowu) wraz z objaśnieniami Pana Winolewcy skąd jest trunek i jaki ma ten, no, bukiet. Całkiem przyjemnie, bo przez pierwsze pół godziny mieliśmy cały lokal dla siebie.
A z tymi dwoma do domu wróciłem:
Nie samym winem człowiek żyje, trzeba było trochę lokalnej kuchni znowu zakosztować. Wybraliśmy się do jednej z restauracji przy Liszt Ferenc ter – Bohemia.
![]()
Kolejny talerz zupy gulaszowej i te zielone papryczki, po skosztowaniu których długo nie mogłem zgasić ognia w gębie.
Tapas, serki i dziczyzna.![]()
Mniam, mniam wieprzowinka.
Makaron, grzyby, kurczak-ale głęboki talerz był.
Poczłapaliśmy czy podjechaliśmy, już nie pamiętam na “Plac Bohaterów (Hosok tere).
Tutaj niedaleko, przy Osok tere mieści się “1956 Memorial”, pomnik upamiętniający ofiary powstania z 1956 roku, kiedy to obywatele Budapesztu sprzeciwili się sowietom, żeby wkrótce nie zostać nazwanymi “towarzyszami”. ![]()
Stąd tylko krótki spacer dzieli nas od jednego z bardziej magicznych miejsc odwiedzonych podczas tej wizyty – Zamek Vajdahunyad, który mieści muzeum agrokultury.
Niedługo potem przeszliśmy się jeszcze raz uliczkami Budapesztu, żeby tym razem wrócić do hotelu przed północą. ![]()
![]()
![]()
Na liście do zwiedzania pozostawiliśmy wiele obiektów, ale nie sposób wszystkiego zobaczyć w dwa krótkie dni…nawet, gdy próbuje się je rozciągać do granic.
Budapeszt–dzień 1
W dniach 1-4 grudnia odbyła się wycieczka do Budapesztu.
Przelot liniami Malev z londynskiego lotniska Gatwick w godzinach popołudniowych w czwartek. Na miejscu przed północą, zarezerwowanym już wcześniej Airportshuttle busikiem dojeżdżamy do hotelu (Regnum Residence). Do wyra.
W piątek zaopatrzeni w mapy i przewodnika – qzyna
wyruszamy w miasto. Start z lewej częsci Budapesztu, gdzie rezydujemy.
Buda kryje w sobie wiele sekretów, tylko kilka z nich będzie nam dane odkryć w ten weekend.
Fisherman’s Bastion (nazwa pochodzi od rybaków, którzy bronili miasta przed najeźdźcami w Średniowieczu).
Jest zimno, powiewa, nie często wyjmuję aparat do zdjęć.
Potem Buda Castle i spacerek dookoła oraz w doł, do mostu “Szechenyi lanchid” (słynny most łańcuchowy).
Przerzucamy się przez most i zaczynamy zwiedzanie przeciwległego brzegu – Pest.
Vorosmarty ter (plac) ukazuje się z marketem oraz słynną cukiernią “Gerbeaud”.
Trochę zdjęć miejsc, których nazw nie pamiętam poniżej. ![]()
![]()
![]()
Taki mały bonusik – ktoś inicjały w kostkach wykręcił, to pstryknąłem na pamiątkę – musiał(a) być tuż przede mną, bo jak wracaliśmy, to już tego nie było. ![]()
Kolejny market poniżej.
St. Stephen’s basilica poniżej, a powyżej St. Istvan ter. (Istvan, to Stefan chyba).
Parę kroków od parlamentu
na Freedom Square stoi sobie statuetka z brązu przedstawiająca prezydenta Reagan’a.
Gdzieś w tzw. międzyczasie zjedliśmy dobre węgierskie papu (oczywiście musowo z zupa gulaszowa musiała trafić do mojego żołądka) w poleconej restauracji (tuż przy bazylice) – Belvarosi Lugas Etterem.
Wieczorny Budapeszt zaczął przedstawiać się już o godzinie czwartej po południu.
Spacerek w górę i w dół wyspy Małgorzaty (Margit-Sziget) dobrze nam zrobił (parkowa okolica, ludzi zbyt mało, żeby zauważyć, od czasu do czasu jakis samochód przejedzie do hotelu).
Przystanek na ciepły czaj i przed 19-tą stawiliśmy się w kolejnej atrakcji po stronie Budy – Budavari Labirintus (na stronie piszą, że zamknięty, ale to stara informacja). Polecam dostać się tam po godzinie 18.30, kiedy światła są przygaszone i można chodzić po ciemku z lampą naftową (nam nie udało się jednak trafić tej reklamowanej ‘promocji’, ale parę ślepych korytarzy przemierzyliśmy z użyciem latarek i telefonów).
Wychodzimy na drugą stronę wzgórza zamkowego. Przymrozek ścina wodę na jezdni i chodnikach, zaczynam stąpać ostrożniej, ślisko.
Zaczynamy odkrywać miasto nocą, od razu obok Matthias Church
znajduje się znana z porannej wizyty wieża obronna, a dookoła z murów, można niezłą panoramę Pestu obejrzeć.
Znajdując się potem znowu po drugiej stronie (Pest) szukaliśmy miejsca z przewodnika, w którym niby dobre jedzenie i picie dawali. Przewodnik był z 2009 roku, także i miejscówka została już zamknięta (patrz poniżej). ![]()
Zalokowaliśmy się jednak w miejscu, gdzie smakowanie lokalnych Tokaji było jedynym naszym celem. ![]()
![]()
![]()
Powrót tramwajem (tramem lokalnej komunikacji BKV) numer “6” (24godzinny bilet na wszystkie środki transportu kosztuje 1550HUF) zajął kilka minut i przed północą zakończyliśmy dzień pierwszy wizyty w Budapeszcie.
Kawałek tygodnia
Odgrzebałem nowe sety It is What it Is Laurenta Garniera. Na ostatnim (s03e13) mozna calkiem fajny loopy track odszukac, zapetlic i w kółko słuchać. Ma coś z tych starych techniawek, ktorych sluchałem jeszcze parę lat temu.
A tak dla kontrastu dodaję tu jeszcze dubstepowy Place 2 B 1 2 Sides – "Rage" wyrzuca z siedzenia w 1:02min.
Hidden Orchestra–drugi raz na zywo w KOKO@Camden
Tym razem nasi ulubiency ze Szkocji zaprezentowali troche ponad polgodzinny set. Cala impreza odbyla sie pod flaga wytworni "Tru Thoughts" w uprzednio poznanym juz klubie KOKO w Camden. Gralo jeszcze sporo innych wykonawcow, w sumie gwiazdy wytworni (Quantic, Belleruche, Zed Bias, itd).
Organizatorem byl Soundcrash, tak jak poprzednim razem (dwa miesiace temu prawie bylismy na pierwszym koncercie).
Na tego rodzaju zgrupowania mozna spokojnie pojawiac sie godzine po oficjalnym otwarciu drzwi (co nastapilo o 21:00). Nasi okriestranci wstapili na scene dopiero pietnascie minut po polnocy i zagrali ponad polgodzinny set (nadal troche krotko jak na moj gust).
Bujanie sie pod scena (tym razem juz maxymalnie prawie zatloczona, fanow przybywa, a co
sluchanie "orkiestry" i przebijajacych sie az do kregoslupa "pojedynkow" dwoch perkusistow, to ogromna frajda i wrazenie, ktore pozostanie na dlugo.
Muzyka na zywo, instrumenty typu puzon czy wiolonczelopodobne (na czym goscinnie grala muzykantka, bo orkiestrantow była czwórka+ekstra wiolonczelistka) zupelnie inny oddzwiek zostawiaja w uszach. Moc fanow dookola dodaje jeszcze do calego przezycia.
Hidden Orchestra zagrala m.in. kawalek Flight z nowego singla, jeden rownie nowy kawalek, ktorego nazwy nie pamietam (podobno nastepna plyta wyjdzie dopiero jesienia 2012)
oraz Burning Circle (material z poprzedniego koncertu ponizej)
oraz kilka numerow z ostatniej plyty "Night Walks".
Ciekawy wywiad w formie podcastu mozna podsluchac na stronie wytworni TruThoughts.
Koniec wieczoru zatem nastapil cos po 1 w nocy.
Powrot nocnym busem "29" dostarczyl kolejnych wrazen (podobnie jak kiedys "25", kiedy jeszcze byla "bendy") – te nocne bendy-busy zbieraja szumowiny wszelakiej masci i wieku (tym razem walczyly czarne nastotatki z mlodym dlugowlosym metalowcem, krzyk, pisk i brak kulutry. Wysiadly/wyrzucone zostaly o jeden przystanek za wczesnie, bowiem na nastepnym czekala juz policja i kontrolerzy biletow).
Ciekawi innych opinii mogą udać sie do jednego z totalnie losowych blogów ditto.tv, żeby poczytać po angielsku, że ktoś inny też poczuł “orkiestra power”.
Z ostatniej chwili : Hidden Orchestra daje wreszcie całowieczorny koncert w Londynie, co prawda przyjdzie nam czekać aż do 6 Maja 2012, ale co tam – bilety już mam.
Kairos 4tet–jazzowo na Dalston
Jest taki klub, co sie nazywa Vortex Jazz club, na Dalston (minute czlapania z Dalston Kingsland na Overgroundzie). Tak to wyglada w srodku (video zapozyczone ze strony Kairosow).
Przyjemnie mily i do tego w ramach London Jazz Festival 2011 (przez te pare dni festiwalu) wystepowalo tam mnostwo artystow. Zaciagnalem sie na piatkowy wieczor 11-go listopada, zeby posluchac Kairos 4tet.
Znajac juz wczesniej ich repertuar z plyty “Statement of Intent” przyjemnie sluchalo sie wykonania na zywo. Muzyczka plasujaca, “glaszczaca po glowie”, liderujacy Adam dawal rade dmuchac w saksofon przez jakies dwie godziny (+fortepian, kontrabas i perkusja).
Podobalo mi sie, bylo milo i przyjemnie, az do polnocy.
Tym sposobem ostatni OVG odjechal i po polnocy mialem okazje sprawdzic trase autobusu 276, ktory z niedalekiego Stoke Newington jedzie az pod sam dom (okazalo sie, ze w nocy jak sie nie zatrzymuje za czesto, to i w 45 minut mozna dojechac, porownywalnie metrem+OVG zajmuje to jakies 20 minut krocej).
Hidden Orchestra na BBC6Music w niedzielę o 10 rano
Nie muszę reklamowac, ale musze za to wspomnieć, że dźwięki Hidden Orchestry będa na żywo dostępne w niedzielę, 6 listopada 2011 w BBC Radio 6 Music w programie Cerys Matthews o 10 rano. Nie mogę się doczekać.
Kawałek tygodnia
Nie udało mi się uciec od przysłyszenia czegoś nowego. Trąbi mi w uszach już od jakiegoś czasu. Prezentuję niniejszym dziko-zachodowo-westernowy, lekko nu-jazzujący z elementami elektroniki i ciekawymi instrumentami utwór Smokey Bandits – “A son’s lament”. Muza inspirowana filmami, nie ma co.
Polecam w ogóle całą płytę Smokey Bandits - Debut – dostępna w HMV.
























































